2016-03-20-stanislaw-zaborowski-1Foto: Adam Jutrzenka, Tekst: Dorota Jutrzenka

 

Początki
Urodził się w 1928 r. w Stężycy (powiat kartuski). Miał w sumie dwanaścioro rodzeństwa, z którego trójka nie przeżyła pierwszych lat życia. Ukończył 4-klasową szkołę podstawową, do której chodził pieszo ponad 3 km. Dzieciństwo wspomina jako trudny czas, w którym dominowała bieda i ciężka praca na gospodarstwie. Pan Stanisław śmieje się, że na Pierwszą Komunię Świętą w prezencie otrzymał… wolne od pasania krów. W domu nie było elektryczności, więc pod wieczór zapalano lampy naftowe. Światło znałem tylko ze szkoły – mówi. Zamiast butów nosił drewniane chodaki, a latem najczęściej chodził boso.

Wojna
Przełomowym momentem w życiu rodziny pana Stanisława był wybuch wojny w 1939 r. Jako że mieszkali zaledwie 30 km od ówczesnej granicy z Niemcami, rodzina od razu dostała nakaz opuszczenia gospodarstwa z uwagi na zbliżający się z zachodu front. Na szczęście wyprowadzka okazała się chwilowa – po nocy spędzonej na wozie kilka kilometrów dalej, 11-letni Staszek wraz z rodzeństwem mógł wrócić do domu. Choć nie słyszeli huków i wystrzałów przesuwającego się frontu, wojna od początku dawała się we znaki. Po ich gospodarstwie bezkarnie wałęsali się niemieccy żołnierze, a do miejscowej szkoły i kościoła niemal natychmiastowo wprowadzono język niemiecki.

Zsyłka do obozu
Rodzina żyła biednie, ale we względnym spokoju do roku 1944. Wtedy to mieszkańcom Stężycy zaczęto proponować wpisanie się na listę Volksdeutschów, czyli osób o rzekomym pochodzeniu niemieckim. Gwarantowało to liczne przywileje, a przede wszystkim eliminowało zagrożenie ze strony władz niemieckich. Było jednak wyrzeczeniem się polskości. Mama pana Stanisława oraz jego pełnoletni bracia byli w rozterce. Zwłaszcza, że zostali poinformowani przez niemieckiego sołtysa, że jeśli nie wpiszą się na listę, jeszcze tej samej nocy zostaną zesłani do łagru. Rodzina nie uległa jednak naciskom i odmówiła podpisu. Brat powiedział, że jeśli zginiemy, to zginiemy jako Polacy – wspomina pan Staszek. Niemcy dotrzymali słowa – w nocy rodzina dostała nakaz opuszczenia domu i została przetransportowana pociągiem towarowym do Nakła nad Notecią, skąd zabrano ich do obozu w pobliskich Potulicach.

Życie w łagrze
Na jednej dużej hali w trzypiętrowych łóżkach ulokowano 56 rodzin. W obozie doskwierał nie tylko ścisk, ale i głód. Na szczęście starsza siostra pana Stanisława, która uniknęła zesłania, raz w tygodniu przysyłała paczkę żywnościową, która ratowała byt rodziny. Życie mijało głównie na ciężkiej pracy – Staszek wraz z bratem zostali przydzieleni do budowy okopów. Niesubordynacja czy jakikolwiek wyraz niezadowolenia były surowo karane – oznaczały tydzień aresztu o samej wodzie.

Powrót do domu
Na początku 1945 r. Stanisław wraz ze starszym bratem, po skończeniu obowiązkowych „praktyk” w Prusach Wschodnich, gdzie zajmowali się kopaniem bunkrów dla samolotów, zaopiekowali się strudzoną mamą oraz młodszym rodzeństwem i udali się w podróż powrotną do domu. Z łóżek zbiliśmy sanki, na których ciągnęliśmy mamę w drodze na dworzec – mówi pan Stanisław. Droga powrotna zajęła kilka dni – rodzina łapała kolejne pociągi: na Bydgoszcz, na Chojnice oraz na Kościerzynę, skąd ostatni, 7-kilometrowy odcinek pokonała już pieszo. Nie dano im jednak odpocząć po trudach obozowego życia. W marcu 1945 r. w Stężycy zaczęli pojawiać się pierwsi żołnierze rosyjscy, którzy od razu zabrali rodzinie dorodnego konia, w zamian oferując… kulawego. Z tym kulawym koniem Staszek wraz z bratem dwukrotnie udali się do Bytowa po nowe meble, które w czasie ich nieobecności w całości zostały rozgrabione.

Życie po wojnie
Niedługo po wojnie liczna rodzina Stanisława stopniowo zaczęła opuszczać gospodarstwo i przeniosła się do Borzytuchomia. Staszek, który opuszczał dom rodzinny jako ostatni – dwukrotnie udał się pieszo ze Stężycy do Borzytuchomia (ok. 50 km), aby w ten sposób przetransportować do nowego domu… dwie krowy. Po przeprowadzce jego życie w końcu zaczęło się stabilizować. Podjął się pierwszej pracy w warsztacie w Bytowie, dokąd codziennie dojeżdżał pociągiem, a po pracy uczęszczał do szkoły zawodowej. Początek życia zawodowego na trzy lata został przerwany przymusową służbą wojskową, w trakcie której zdobywał kolejne doświadczenia, a wiedza i umiejętności przyniosły mu stopień najpierw kaprala, a później plutonowego. Wojsko wspominam bardzo dobrze – mówi.

Za kierownicą
Po wojsku pan Stanisław znalazł pracę jako kierowca w „łączności” (czyli na poczcie) w Słupsku. Po kilku latach został przeniesiony do Bytowa. W sumie na poczcie przepracował osiem lat, co pozwoliło mu wreszcie stanąć na nogi. Ożenił się, a w 1964 r. postawił na ulicy Rycerskiej dom, który był ósmym budynkiem prywatnym w Bytowie. Gdy praca na poczcie mu się znudziła, postanowił kupić samochód i przenieść się na postój taksówek. Pieniądze na samochód pożyczył od zaprzyjaźnionego marynarza, który jego obawy przed pożyczką tak dużej sumy skwitował: „Jak będziesz mógł, to oddasz. Ja ci wierzę, że oddasz”. W ten sposób pan Stanisław został trzecim taksówkarzem w Bytowie. Ta praca okazała się prawdziwym strzałem w dziesiątkę – w taksówce przepracował 21 lat. Każdy kto mnie tu spotka, z tych starszych roczników, od razu wie – „trójka, taksówkarz”. Każdy mnie tu pamięta. – cieszy się 88-letni dziś pan Stanisław.

2016-03-20-stanislaw-zaborowski-2